Czytasz wiadomości wyszukane dla zapytania: nauczycielka w ubikacji





Temat: ignorancja i spychologia
Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.
Co do chamstwa to nie wiem czy więcej jest chamów-lekarzy czy też chamów
pacjentów. Nie bronie chamstwa, drazni mnie, walczę z nim ( także jako
nauczyciel akademicki).
Nie wiem jak to było na Solcu, ale watpię czy jakikolwiek szpital odmówiłby
przyjęcia chorego z nieoznaczalnym ciśnieniem, a wiec wiadomo w jakim stanie. I
czy przypadkiem nie jest to odmowa PACJENTA a nie szpitala.
Na czym polega chamstwo lekarki? Czy na tym, ze jest zmęczona? Tak, czasem
padając na nos po wielogodzinnej operacji odmawiam rozmów z rodzinami pacjentów.
Juz i natychmiast. A co robia rodziny - potrafią wejść za mną do ubikacji ( dla
personelu, ale to drobiazg). Potrafią wepchnąć się do pokoju lekarskiego gdy się
przebieram( przy jednym panu paradowałam w majtkach i staniku, nie uznał -
przyjemniaczek- za stosowne opuścic pomieszczenia, do którego nie był zaproszony
i zaczekac pod drzwiami. Miałam wielokrotne łapanie mnie za rękaw gdy
wychodziłam do domu PO PRACY ( nieważne, że musiałam iść na wywiadówke, odebrac
dzieci ze szkoły, byłam po wielu godzinach cięzkiej pracy, miałam umierającą
teściową itd).
Pacjenci potrafią zdobyć telefon komórkowy lub domowy i wydzwaniac ( bez
upoważnienia) w godzinach, w których nie dzwoni sie nawet do przyjaciół bez
istotnej sprawy. Fakt, że pacjent jest pod opieka lekarza dyżurnego a telefon do
domu o 2 w nocy stawia na nogi oprócz lekarza takze współmałzonka i dzieci nie
ma znaczenia. O elementarnych zasadach higieny nie wspomnę. Człowiek w mairę
zdrowy ( nie stary, nie obłoznie chory, nie prosto z wypadku) dzie do lekarza
śmierdzący i brudny.
Zastanawiam sie z czym w wyżej wymieninych sytuacjach mamy do czynienia?
Chamstwem? Lekceważeniem ludzi, którzy ratują zdrowie i życie? Czy część
pacjentów z wyróznieniem kończy kurs chamów i prymitywów?
Nadmieniam, że nie dotyczy to wszystkich - są wśród pacjentów ludzie czyści,
sympatyczni, rzeczowi, zdyscyplinowani.





Temat: Roman i komórki
jak, zwykle uchylasz sie od odpowiadania
xtrin napisała:

> > 1) podaj przyklad, w jaki sposob mogloby to komus zaszkodzic.
>
> Podaj przykład, w jaki sposób mogłoby to komuś się przysłużyć.
>
po co? ja nie powiedzialam, ze to sie przysluzy, tylko Ty powiedzialas, ze moze
zaszkodzic. pytam, w jaki sposob? nie odpowiada sie pytaniem na pytanie. Xtrin,
zauwazylam, ze unikanie odpowiedzi na pytania to Twoja bardzo charakterystyczna
cecha.

> > 2) podaj dobry sposob, jak wyegzekwowac od uczniow, aby nie bawili sie
> > komorkami na lekcjach.
>
> Jeżeli nie potrafią wyegzektować tego nawet na lekcjach, to jakim cudem
> wyegzekwują to na przerwach?

a co to komu przeszkadza na przerwach? mnie osobiscie - wcale. rzecz w tym, ze
uczen nie moze jednoczesnie miec ze soba komorki na przerwie, nie majac jej na
lekcji (chyba, ze nauczyciel na wejscu bedzie zbieral w depozyt i oddawal po
dzwonku - moze tu jest jakies rozwiazanie?).

> Na to jest tylko jeden jedyny sposób - uzmysłowić dzieciom, że kasa rodziców
to
> żaden szpan. Nie ma innej drogi.

no i z tym sie wreszcie zgadzam. ale to nie koliduje z zakazem.

> Zakazując komórek nic nie zdziałasz, wręcz sprawę pogorszysz. Komórka stanie
si
> ę
> nie tylko gadżetem, ale zakazanym owocem. Dziecko chwalące się nią w zaciszu
> ubikacji będzie "bohaterem" przeciwstawiającym się durnym przepisom.
> Pozatem - czy chcesz z tych samych powodów zakazać inych urządeń, łącznie z
> zegarkami? Ujednolicić piórniki i plecaki?

ja niczego nie chce ujednolicac. w ogole jestem przeciwna ujednolicaniu.
moje trzecie pytanie nie mialo na celu udowodnienia, ze zakaz przynoszenia
gadzetow do szkoly zalatwi te sprawe. szpanowac mozna i poza szkola. zakaz moze
co najwyzej w jakis sposob ograniczyc te klimaty przynajmniej na terenie
szkoly.
natomiast ciekawa jestem, w jaki sposob nalezaloby tej mlodziez uzmyslawiac, ze
pieniadze rodzicow to nie szpan?
bo mi sie wydaje, ze w duzej mierze takie zachowanie zalezy od samych rodzicow
i to im w pierwszej kolejnosci nalezaloby "uzmyslowic"..





Temat: Czy dziecko 8-letnie może popełnić grzech ciężki?
verdano jestem pełna podziwu i sympatii dla twojego zrozumienia dziecka - wiesz
z resztą o tym
ale z całym szacunkiem nie powinnaś wypowiadac sie jako niewierząca na temat
grzechów - Pan Bóg jest z całą pewnością litościwszy niż człowiek, i zaden
człowiek (takze w ten konfesjonale) nie zjamuje się oceną czy dziecko dobrze
nazywa swój grzech czy nie

ja pamietam ze swojego dzieciństwa, tata zabierał nas zawsze na Msze, ale razu
penwego mnie sie nie chcoiało iść, ot po prostu nie chciało. Tata mnie
nakłaniał, nakałniał w koncu mówi "ale wiesz ze jak nie pójdziesz dziś
(niedziela) to popełnisz grzech cięzki?" ja, wówczas 9latka "tak, wiem" "i co
nie idziesz" "nie!". I nie poszłam. Doskonale wiedziałam że popełniam grzech.
Nikt, ani Pan Bóg, ani ksiądz (chyba ze jakiś głupiec a zdazrają sie tacy) nie
twierdzi ze 8latek jest w 100% odpowiedzialny za swoje niechodzenie na Msze w
ndziele - specjalnie zaznaczyłam to w pierwszym poście, zeby uniknąc dyskucji
jałowej, po co twierdzisz coś przeciwnego

a jednoczesnie zapewniam ze sa takie sytuacje że dziecko jest świadome że czyni źle
czy naprawdę uważasz, ze skoro dziecko poznaje na katechezie przykazanie "nie
mów fałszywego swiadectwa przeciw bliźniemu swemu", ma tłumaczone, rozmowy są
itd. i potem idzie do dorsłej nauczycielki zeby donieść na nielubianego kolegę
coś czego on nie zrobił - że takie dziecko nie wie ze zrobiło źle?

a dzieci podgladające rówieśników w ubikacji, w wieku 8lat naprawdę nie są w
stanie zrozumieć co to "godnosc ciała" i ze są na etapie przedszkolaka "a co tam
masz?"

naparwdę sądzisz że dziecko 8letnie jak ukradnie koledze fajny piórnik,
doskonale obmyślając wcześniej plan działania, wywabi z klasy, pogrzebie w
plecaku jak nikt nie widzi i wreszcie wyjmie piórnik i zaniesie do starszych
kopegów co mu kasę dadzą itd - że takie dziecko nie wie że czyni źle i jest
niewinne?



Temat: Szkoła z klasą??
Szkoła z klasą??
Za syna pobił ucznia
Nauczyciel pobil 9-letniego Seweryna, w obronie swego syna. Dyrektorka
zignorował pobicie, bo starała się o certyfikat "Szkoły z klasą" - czyli m.in
wolnej od przemocy.

Dziewięcioletni Seweryn jest uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej w
Parzęczewie. Drugą klasę ukończył wyróżniony nagrodą za postępy w nauce i
dobre zachowanie. Od marca ubiegłego roku nie lubi chodzić do szkoły, po
wydawałoby się niewinnej zabawie z synem jednego z nauczycieli.

- Odepchnąłem go tylko, a on uderzył mnie kijem do hokeja w plecy - opowiada
Seweryn. - Pobiegłem pod klasę z płaczem, a Mikołaj pobiegł po swojego tatę.
Nauczyciel złapał mnie za rękę, sprawdził czy nie ma nikogo w ubikacji, potem
szarpał za włosy i bił po plecach.

Pobicie chłopca zdradziły ślady widoczne na plecach, karku i rękach. Mama
chłopca powiadomiła dyrektora szkoły, że nauczyciel Marek G. pobił jej syna.

- Złapał go z tyłu za ubranie i to chyba wszystko, taki mi powiedział -
tłumaczy dyrektorka.

Dyrektor nie wyciągnęła żadnych konsekwencji wobec porywczego nauczyciela.
Może dlatego, że szkoła starała się o certyfikat "Szkoły z klasą", a nerwowy
nauczyciel był szefem zespołu „Przeciw przemocy w szkole i rodzinie”. 10
października szkoła otrzymała ten certyfikat - jednym z warunków było nie
używanie w szkole przemocy. Trzy dni później Seweryn został po raz kolejny
pobity przez Marka G.

- Złapał mnie na korytarzu za rękę i ciągnął do pomieszczenia za salą
gimnastyczną - mówi dziewięciolatek. - Złapałem się framugi i zacząłem głośno
krzyczeć, że chcę do pani dyrektor - mówi.

Dyrektor nie uwierzyła chłopcu. Nauczyciel także nie widzi w swoim zachowaniu
nic złego.

- Uważam, że nie użyłem siły wobec chłopca, on się zachował jak przestępca
wobec mojego syna.

Sprawą nauczyciela zajęła się działająca przy wojewodzie, złożona głównie z
nauczycieli komisja dyscyplinarna. Badała ona jedynie drugi przypadek pobicia
chłopca, zupełnie lekceważąc pierwszy. Komisji nie przekonała ani obdukcja
lekarska, gdzie opisane były liczne siniaki i otarcia, ani opinia psychologa
mówiąca o tym, że lęki chłopca wskazują na to, że był on ofiarą przemocy w
szkole. Ostatecznie komisja sprawę umorzyła, wzmacniając w chłopcu poczucie
krzywdy, a w nauczycielu poczucie bezkarności. Także kuratorium w tej
sytuacji czuje się zwolnione z dalszego badania tej sprawy.

- Jak dziecko zrobi coś złego, to jest ukarane. Jak nauczyciel zrobi coś
złego, to nie. I tego właśnie nie rozumiem – tak puentuje całą sprawę Seweryn.

Rodzice chłopca nie poddają się. O krzywdzie swojego dziecka powiadomili
prokuratora. Wszystko po to by przywrócić swojemu dziecku wiarę w dorosłych i
uwolnić go od lęków po doznanej w szkole przemocy.

Nawet jak jest to prawdą że mały Seweryn pobił syna nauczyciela to czy
nauczyciel powinien bić chłopca. A dyrektorka nawet nagany nie dała
nauczycielowi w-fu. który notabene jest szefem zespołu "Przeciw przemocy w
szkole i rodzinie.
ps. I to ma być szkoła z klasą



Temat: tako mowi nauczyciel
mario2 napisał:

> Wakacje, dla dzieciaków pełny wypas. Przez dwa miesiące żadnej nauki i
> żadnych wpisów do dzienniczka. Nauczyciele też nie będą się męczyć nad
> celnym sformułowaniem uwag wypisywanych dla rodziców. Przypomnijmy
> najbardziej trafne spostrzeżenia ciała pedagogicznego. Śmialiśmy się z
> uczniów – pośmiejmy się z nauczycieli.
>
> Ukradł dziennik lekcyjny, nie chce oddać i żąda okupu.
>
> Pluje pod nogi nauczyciela. Upomniany twierdzi bezczelnie, że bada siłę
> grawitacji.
>
> Wyrwany do odpowiedzi mówi, że nie będzie zeznawał bez adwokata.
>
> Wyrzucił koledze teczkę przez okno i powiedział, że „jak kocha to wróci&#
> 8221;.
>
> Kowalski w trakcie lekcji uprawiał cyrklem ziemię w doniczce.
>
> Syn lata z gołym brzuchem po błocie.
>
> Zabrał z ubikacji przetykacz do WC i robił stemple na ścianie.
>
> Na lekcji zajęć praktyczno-technicznych umyślnie piekła ciasto bez mąki.
>
> Wlał wodę do kontaktu w pracowni fizycznej na lekcji plastyki.
>
> Przemek bawi się na lekcji wszystkim, nawet chorym palcem.
>
> Zamknął nauczyciela na klucz i odmówił zeznań.
>
> Przyniósł do szkoły trutkę na szczury z zamiarem wypróbowania jej na
> wychowawczyni.
>
> Schowany za podręcznikiem z fizyki wydaje odgłosy przyprawiające mnie o
> mdłości.
>
> Podpalił koledze teczkę na lekcji i zapytał, czy może wyjść po gaśnicę.
>
> Wysłany w celu namoczenia gąbki wrócił z mokrą głową i suchą gąbką.
>
> Po napisaniu na lekcji kartkówki, nie oddał jej, twierdząc, że zostawił ją w
> domu.
>
> Ukradł sedes z ubikacji szkolnej.
>
> Stale obraża się na nauczycieli.
>
> Zjada ściągi po klasówce.
>
> Naraża kolegów na kalectwo, rzucając kredką po klasie.
>
> Na lekcji biologii rzucił we mnie łopatą.
>
> Wysłany po kredę przyniósł ślimaka.
>
> Wkłada kapiszony do kontaktu, czym doprowadził nauczycielkę na pogotowie.
>
> Rozbiera atomy na cząsteczki i kładzie sobie na oczach.
>
> Gra w karty na j. angielskim w sali 24.
>
> W czasie wyścigu międzyszkolnego umyślnie biegł wolno, by – jak stwierdzi
> ł –
> zyskać na czasie.
>
> Z rozmowy na wywiadówce z udziałem wychowawczyni klasy, rodziców i dzieci:
>
> Nauczycielka: – Proszę zwrócić uwagę swojemu dziecku, żeby mnie nie
> przedrzeźniało!
> Mama: – Robert, przestań robić z siebie idiotę!
>
> ......bo to sie zwykle tak.....Pozdr.




Temat: Trzylatek w przedszkolu
Trzylatek w przedszkolu
Jestem mamą niespełna trzyletniego chłopczyka. Mój synek od urodzenia był cały
czas przy mnie (miałam urlop wychowawczy)bylismy (jesteśmy) ze sobą bardzo
związani emocjonalnie- nawet znajomi śmiali się ze mnie że nie moge pójśc
spokojnie do ubikacji bo wszędzie za mną chodził. Jednak wiedziałam że moja
miłośc i czas poswięcony na zabawę i naukę nie wystarcza mu do pełnego rozwoju.
Brakowało mu kontaktu z rówiesnikami. I chodz mój pediatra odradzał mi posłanie
synka do przedszkola ( chodziło o brak odpornosci u małych dzieci, częstrze
zachorowania ...) jako matka czułam że dobrze robię. Za nim wybrałam dla niego
przedszkole starałam sie z nim dużo rozmawiac na ten temat. Tłumaczyłam co to
jest przedszkole, co tam będzie robił itd. Posłałam go do normalnego
państwowego przedszkola jednak kadra która tam pracuje to ludzie o złotych
sercach rozumiejąca potrzeby dzieci i obawy rodziców.
Wiedziałam że nie ma mozliwości zostawienia Kacpra w przedszkolu na kilka
godzin, że będzie krzyk, płacz i wielki żal do mnie. Dlatego poprosiłam panią
dyrektor i opiekunkę grupy żebym mogła jakis czas spędzic z dzieckiem w
przedszkolu. Chodzilismy na trzy godzinki - razem do szatni, razem
przebieraliśmy kapcie. To ja mu pokazałam że w przedszkolu też są fajne
posiłki, że są zabawki którymi mozna się pobawic , że inne dzieci go bardzo
lubią i chcą żeby się z nimi bawił (oczywiscie wszystko działo się w obecności
nauczycielki i za jej zgodą). Po pierwszych kilku dniach Kacper obserwując jak
rozmawiam " z jego Panią" że sie uśmiechamy do siebie zapytał mnie czy lubię
Pania Dorotkę. Zdałam sobie wtedy sprawę jakie to dla niego było ważne - nabrał
zaufania do nauczycielki i zaczął okazywac jej uczucia ( pozwolił się wziąsc za
rękę, isc z nią do ubikacji beze mnie...) kolejnym krokiem w przyzwyczajaniu go
pobytu w przedszkolu było opuszczanie przeze mnie sali na poczatek na 5 minut
potem 8 minut idt. zawsze tłumacząc mu że wychodzę i za chwilkę wróce - NIGDY
NIE PŁAKAŁ. Owszem pytał o mnie ale nie płakał a ja nigdy nie zawiodłam go -aaa
zawsze go jakos za to nagradzałam ( drobnostki np. tic-tac, lizaczek, ulubiony
cukierek itd.)Po 2 tygodniach praktycznie mnie wcale nie potrzebował w
przedszkolu - przekonał sie że jest mu tam dobrze, że jest bezpieczny... ma
duzo zajęc, kolegów no i Panią Dorotkę . przez ten czas spędzony w przedszkolu
widziałam nie jedno krzyczace dziecko i płaczącą mamę - to prawda że te dzieci
uspokojają się po pewnym czasie ale widac na ich buziach ogromną tęsknotę.
Efekt jest taki że wszystkie płaczące dzieci z grupy mojego syna poodchodziły z
przedszkola ( ok 4 osoby) a mój Kacper zostaje 5 godz i nawet o mnie nie zapyta
ba trudno mu wytłumaczyc że jest sobota i przedszkole jest zamkniętę
Myślę że jeśli mamy dziecko które chcemy posłac do przedszkola to warto się do
tego przygotowac. Warto znaleśc czas, wziąsc urlop z pracy i pomóc naszej
Perełce przejśc przez ten trudny dla nie go okres.....




Temat: Szwederowo - część druga
Witajcie,

do JS - pamietam tę pętlę, gdzyż tam na terenie przystani i przylegającego doń
lodowiska mieliśmy WF z prof. Władysławem Butkiewiczem (przezwisko "Żulik" - nie
wiedzieć czemu) na codzień małżonkiem mojej wychowawczyni Pani prof. Stanisławy
Butkiewicz (przezwisko "Stacha" - była matematyczką i wybroniła mnie od
usunięcia ze szkoły po tym, jak w pewnym sensie pobiłem sie z nauczycielem w
drugiej klasie). Na moje usprawiedliwienie wyjaśnię jedynie, że zostałem
pierwszy uderzony w twarz przez polonistę-zastępcę z Liceum Pielęgniarskiego.

Tez jeździliśmy tramwajem na ten WF ze Zbożowego Rynku i jechało się na tak
zwaną Babią Wieś, gdzie - jak słusznie Waść prawisz - była pętla. Na wjeździe na
tę pętlę tramwaj zwalniał i można było wyskoczyć w biegu, co niniejszym
czyniliśmy. Numeru tramwaju - niestety - nie pamiętam. Wiem tylko, że jedna
linia kończyła kurs na tej pętli, a druga jechała dalej na ulicę Toruńską.

Tam kiedyś - jeszcze w pierwszej klasie (mojej) pożyczyliśmy kajaki - ja z
Jurkiem B (popatrz na maturzystów roku 1973) i dwie koleżanki, w tym jedna -
Grażyna Rz. (nie kończyła II-ki - przeszła po powtórzonej pierwszej klasie do
chyba III-ki i tam zdawała maturę). Popłynęliśmy aż pod spust na Wyspie Młynów.
Pamiętam, że woda w Brdzie była taka brudna, że po powrocie musiałem wyprać
zachlapaną koszulę pod kranem na przystani, tak była upaprana wszelkim
pływającym w Brdzie świństwem. A już mając 14 lat "robiłem" swój pierwszy spływ
kajakowy po Brdzie (generalnie pierwszy "zaliczyłem" mając lat trzynaście) i
powyżej Koronowa była to zupełnie inna rzeka.

Do Oli - pytałaś, czy palę papierosy. Nie, ale rozumiem palaczy. Zacząłem palić
mając lat chyba 14, czyli w 1968 i przechowywałem moje papierosy (10-ki Zenitów)
w szafie u mojego Dziadka. Paliłem tak namiętnie w końcówce podstawówki, całą
średnią i całe studia, a rzuciłem po studiach w roku 1982. Pamiętam jak dziś, bo
zrobiłem to z rozmysłem, ale bez specjalnej przyczyny w dniu 5 kwietnia. Zatem
paliłem prawie paczkę dziennie przez blisko czternaście lat. Nie jest to mało.
Wczesniej przestawałem na kilka miesięcy, gdy w roku 1978 przygotowywałem się do
wyprawy wysokogórskiej w Hindukusz Afgański. Paląc nie przeszedłbym testów
kondycyjnych. Niestety, wyprawa nie wyszła i motywacje do całkowitego zerwania z
nałogiem straciłem na następne cztery lata. Teraz nie palę, ale mimo upływu
ponad dwudziestu pięciu lat, gdy jestem na jakiejś imprezie, zwłaszcza z dobrym
winem lub z koniakiem albo sherry potrafi mnie pociągnąć do papierosa. Wtedy -
oczywiście nie paląc - biorę prapierosa do ręki i trzymam. To mi wystarcza.
Zapalić nie mgę, bo nie mam motywacji, aby palić mało lub się jakoś ograniczać,a
szkoda dwudziestopięcioletniej przerwy. Trudno.

Miałem z tego powodu problemy w szkole, bo od pierwszej licealnej moi Rodzice
pozwalali mi palić w domu (w moim pokoju) abym nie palił na ulicy, w szkole, czy
w piwnicy. I tak było. Nigdy nie zapaliłem w samej szkole średniej w budynku
naszego ogólniaka, ani też na przerwach poza szkołą. Oczywiście nikt w to nie
wierzył (chć z ręką na sercu - tak było) i prof. Pohl na przykład wmawiał mi, ze
palę na przerwach w ubikacji szkolnej. A ja w tej ubikacji nie tylko nie
paliłem, ale nie byłem ani razu przez całe cztery lata uczęszczania do II-ki.

No - dosyć już tego narcyzmu połączonego z egocentryzmem. Więcej o mnie nie będzie.

Pozdrawiam.

Zbyszek



Temat: Gimnazjum nr 40
Padły wcześniej trzy podobne pytania: czy gimnazjum 40 jest szkołą/domem wariatów/bagnem? Jedyna słuszna odpowiedź brzmi - wszystkie warianty są prawdziwe. Jest szkołą, gdyż są tu wypowiedzi absolwentów - znaczy to, że musieli się czegoś tu nauczyć, by zdać. Domem wariatów - także. Jest powiedzenie, że szkoła od domu wariatów różni się tym, że w psychiatryku przynajmniej personel jest normalny. Wyciągnijcie teraz prosty wniosek. A czemu bagnem? Bo bagno wciąga:). W przyszłym tygodniu kończę naukę w tym przybytku i własnie parę dni temu zdałam sobie sprawę z tego, że jednak się przywiązałam się do tej szkoły, mimo wszystkich złych rzeczy (niestety wielu), które można o niej powiedzieć.
Jako, że forum to zdominowali absolwenci, którzy z namiętnością wspominają to, co było kiedyś (dziwna rzecz, że najpierw uruchomili ostrą krytykę, że co tu się działo i w ogóle, a teraz opisują swoje tylko i wyłącznie najgorsze wspomnienia... ale cały czas z namiętnością. To o czymś świadczy. Przy okazji - czytając niektóre z tych wspomnień cieszę się, że chodzę "40-tki" teraz, a nie wtedy...), to może przydałoby się, żeby przemówił głos któregoś z uczniów obecnych.
Szkoła w rzeczy samej jest pokręcona. OHP to inna kategoria. Ja sama tam nie chodzę i nie zadaję się z tymi ludźmi, więc moja wiedza na ich temat jest znikoma. W zasadzie od uczniów dziennych odróżnia ich tylko większe chamstwo (ale od niektórych nie). Jednak to gimnazjum się stacza i to coraz bardziej. Nie chodzi mi tutaj bynajmniej o poziom nauki, gdyż ten jest dobry (ale patrząc obiektywnie, to na ocenę poziomu nauczania czas dla mnie przyjdzie po wakacjach), ale społeczeństwo się zmienia - jest coraz więcej osób, którym nie chce się uczyć, a to gimnazjum ze swoją złą reputacją wydaje się tym dzieciom i ich rodzicom jakże idealną przystanią dla głupoty.
Do nauczycieli nie mam żadnych pretensji. Prawie cała moja klasa widząc to, co napisałam, wyśmiałaby mnie, ale nie jest to dobra klasa - ani z nauki, ani z zachowania, więc za to, że nauczyciele "czepiają się" ich ewidentnie złego za- i wy-chowania, "wielcy uczniowie" majądo nich pretensje. Szanuję ich za to, że mimo wszystko starali się wtłoczyć wiedzę do głów tych tumanów, które tam w większości chodzą. Może tylko mam żal do pani Dębskiej, ponieważ uczyć nie potrafi i ci, którzy przychodzą do tego gimnazjum nie mając pojęcia o fizyce, wychodzą z niego z identyczną wiedzą. I jeszcze pani Starościak - na szczęście bibliotekarka, a nie nauczycielka, ale z jej powodu wizyty w bibliotece stawały się koszmarem - to tego stopnia, że przez cały ten rok szkolny ani razu nie odwiedziłam tego pomieszczenia, chociaż od zawsze lubiłam czytać książki. Nie rozumiem natomiast wcześniejszych ataków na panią Perzynę, że niby faworyzuje chłopaków. Cóż w mojej klasie jest tak, że chłopaki mają większą chęć nauki (a przynajmniej tak to wygląda [i mam na myśli tylko niektórych]), a dziewczyny wolą flirtować z kolegami przez komórki na lekcjach, nie dbając nawet o wyłączenie dzwonka. Do tego w ogóle nie przejawiają zainteresowania lekcją - jakby świat się kończył na telefonie komórkowym i lakierze do paznokci (tak, jestem dziewczyną, ale nie przeszkadza mi to krytykować moich rówieśniczek, które jeszcze trochę i zaczną wyglądać starzej od własnych matek). Każdy nauczyciel może stracić panowanie nad sobą - w końcu ma do tego prawo, jest tylko człowiekiem, a kontrolowany wybuch złości jest balsamem dla duszy:). A że p. Perzyna być może łatwiej się denerwuje... każdy jest inny. Chcę też podziękować pani Gajdzie, mimo, że z matematyki głąbem byłam, jestem i zostanę, ale tym, którzy słuchają, przekazała poza wiedzą matematyczną cenne myśli do skorzystania w przyszłości.
Jeszcze sprawa wyglądu szkoły... Tu muszę przyznać - koszmar, i to na kółkach. Wystarczy przywołać ohydne napisy spray'em na murach i fatalną niebieską emulsję, którą pomalowane są ściany wewnątrz i od razu można z obrzydzenia pobiec do ubikacji, której wygląd jeszcze potęguje ochotę na wymioty. Ale po prawdzie - tyle się mówi, że nie wygląd zewnętrzny jest najważniejszy. Dlaczego nie zastosować tego do budynku? A jeśli ktoś nie miał nic lepszego do roboty w szkole, tylko gapić się na źle pomalowane ściany, to naprawdę mu współczuję i jednocześnie wyrażam szczere zdziwienie, jakim cudem udało mu się zdać do liceum.
Tak jak w moim poście sprzed paru miesięcy - pozdrawiam klasę (jeszcze) 3B i wielkie złośliwe HAHAHAHAHA DOBRZE WAM TAK dla tych, którzy będą repetować trzecią klasę.



Temat: sześciolatki w szkołach - od teorii do praktyki
sześciolatki w szkołach - od teorii do praktyki

"Byliśmy wczoraj u prezydenta miasta, oddaliśmy swój wniosek o niedostosowaniu
szkoły nr 10 (na Czyżykowie) do prowadzenia zajęć zerówkowych (tamte WC to syf
no i sala tez pozostawiająca wiele do życzenia) - ten odesłał nas do pana
Drewy, który jest Zastępcą Prezydenta ds. oświaty i kultury. Oczywiście metoda
spychologi i bronienia się wypowiedziami typu :"My nic nie możemy, bo ustawy"
itp. W poniedziałek chcą nas przekonać, że szkoła jest dostosowana a my
"przesadzamy". Aby trochę rozjaśnić temat, dzieci zapisaliśmy do przedszkola
"Chatka Puchatka", po czym na parę dni przed zakończeniem naboru poinformowano
nas, że nasza grupa została przeniesiona do szkoły, bo dzieci jest za mało (a
było 17 i dochodziły), a tam trzeba utworzyć drugą grupę. Oczywiśnie nie ma
mowy o zapisaniu do przedszkola, bo:
1. Jest za późno
2. Nie ma już bezpłatnych zerówek w przedszkolach (zagarnęły je szkoły).
W szkole nr 10 nie ma osobnych toalet dla małych zerówkowiczów (a gdzie tu
mówić o 5-latkach?!), te "publiczne" są takie jak wspomniałam powyżej, a pani
nauczycielka raczyła nas powiadomić, że tu to przede wszystkim nauka a nie
zabawa! Gdzie wszędzie nasza cudowna pani Hall, podkreśla, że zerówka to nie
szkoła, a uczyc trzeba przede wszystkim przez zabawę.

///

Tak, spotkaliśmy się z wiceprezydentem, z dyrektorami przedszkola i szkoły.
Niestety jesteśmy tak dobici po tym spotkaniu, że aż nie chce się na ten temat
rozmawiać. Poprosiliśmy sanepid, który nie "zauważył", że ławki i krzesła są
dawno wysłużone i poniszczone, ale przecież "nie stanowią zagrożenia", jak
również zabawki poprzynoszone z domów. Na brak ciepłej wody i bezpośredniego
dostępu do toalet również nie zwrócono uwagi. Dostępne są ogólnie. (Pan
dyrektor ma wydzielić 1 ubikację dla dzieci, a przecież i tak dostęp mają tam
wszystkie dzieci, bo jak zerówkowicz ma sobie otwierać WC na klucz?!).
Wielkiego grzyba w toalecie na suficie też nie zauważono. Na śmierdzące i
brudne sedesy pan wice powiedział, że nie są przecież złe ale średniej
jakości. Tematu wspólnego wejścia do szkoły itp. w ogóle nie chceli
podejmować. Na temat wykształcenia nauczycielki pan dyrektor milczał. Na
nagranie rozmowy i spisanie jej nie zgodzono się. Na prośbę o nowe wyposażenie
wice powiedział, że nie może nic obiecać. Na prośbę, by rozbudować byłe
mieszkanie służbowe i przeznaczyć je na zerówkę wice powiedział "nie" bo są
inne ważniejsze wydatki. A pan dyrektor powiedział, że wolałby rozbudować
szatnie dla dzieci lub salę gimnastyczną. A jemu nie zależy na tych zerówkach.
Jak rodzice dowiedzieli się, że w przedszkolu miejsc nie da rady odzyskać to
większość milczała i wyszła. Reszta tylko przysłuchiwała się z rezygnacją. I
tak skończyła się samotna walka o zerówkę i o godne warunki dla dzieci. Jak
zwykle kolesiostwo i brak starania o tych, którzy sami się nie obronią - o
dzieci. A ja osobiście będę musiała w dobie kryzysu zwolnić się z pracy, bo
zerówka jest na 2 zmiany i nie mogłabym odbierać dzieci. Mam wielki żal do
państwa, że nakazują chodzić dzieciom do zerówki a nie potrafią zapewnić
podstawowych potrzeb! I tak to jest w naszym państwie!"
źródło:
klubrodzica.pl/viewtopic.php?p=2539&sid=ccaba6a2c77678ecbd7e03c2f1d5a771#2539

Tczew = państwo w państwie?




Temat: Powiat Śmierdzielowski!
Sejmowa Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsizajmowała się omówieniem
dotychczasowych wyników kontroli "ZRP Farmutil HS", w związku z doniesieniem o
zakopaniu na swoim terenie "padliny" O oto kilka ciekawych wypowiedzi naszego
parlamentarzysty, senatora Henryka Stokłosy - senatora z sercem.
„jest to najnowocześniejszy zakład w Polsce, Europie, a może nawet i na
świecie. Jest to prawdziwa zabawka, gdzie wszystkie śmieci włącza się
joystickiem. Dwie osoby pracują na produkcji, bo może się zdarzyć, że któraś z
nich będzie musiała wyjść do ubikacji. I ten zakład może przerobić każdą ilość
odpadów. Praktycznie 25 ton na dobę, a może nawet 30 ton na dobę”. A na
początku obiecywał na aż 130 nowych miejsc pracy.
I dalej: „Drugi zakład (stary) jest modernizowany. Obecnie przerabia 1300 ton
na dobę, a po jego modernizacji będzie przerabiał 2200 ton na dobę, czyli
praktycznie jeśli ta nowa linia ruszy, a ruszy za tydzień, może dwa, a
najpóźniej za trzy tygodnie, to wszystkie odpady z całego kraju będą mogły być
tam, na miejsce być przywiezione i utylizowane”.
Jesteśmy dumni, że będą nas postrzegać jako zagłebie przerobu "padliny", A
senator mówi, że modernizacja miała polegać na eliminacji smrodu.
„ Ale wracając do dnia 5 sierpnia, kiedy to również uczestniczyłem w kontroli
wspólnie z Policją, oglądam Panoramę i oczom nie wierzę. Cóż w tej Panoramie
się znajduje? Zakopano 4300 ton padliny, stada bydła itd. Czy Państwo macie
wyobraźnię? No proszę uświadomić, uzmysłowić sobie, jeżeli by tyle zakopano,
jakie to by były hałdy? Jakie to by były góry? Jak to by wszystko wyglądało? A
później zarzuca mi się, że utrudniam inspekcji kontrolę”.
„Również pani Prezes Stowarzyszenia, pani Irena Sienkiewicz, ona była
nauczycielką szkoły podstawowej w Śmiłowie, tam, gdzie jest zakład. Bardzo
często, muszę powiedzieć, przychodziła do mojego zakładu z dziećmi na
wycieczkę, i między innymi, jak w dziewięćdziesiątym siódmym roku żeśmy
dołowali, to ona była też tam. I myślę, że to jest ta przyczyna. (...) Zresztą
pani Irena Sienkiewicz startuje na senatora Rzeczypospolitej. Ona w tym okresie
nie mogła zebrać podpisów. Miała bardzo duże kłopoty. Chciała startować na
posła z PO – nie wyszło, z PiS-u – nie wyszło, z lewicy – nie wyszło. No to
później wszystko robiła, żeby te podpisy zebrać i żeby się zarejestrować. Ale
myślę, że oprócz negowania pewnych rzeczy, to trzeba mieć pewne osiągnięcia. Ja
na dzień dzisiejszy mam te osiągnięcia. Ja się w ogóle, proszę Państwa, tego
nie wstydzę (...)”.
„(...) Próbki, które były pobrane, ponieważ ja jestem stroną i chciałbym w tych
badaniach uczestniczyć, na podstawie jakiego prawa materialnego będą one
interpretowane? Chciałbym dowiedzieć się. Wydaje mi się, że te badania zbyt
długo już trwają. Należałoby to wszystko pospieszać. Trzeba rozkopać, to
rozkopmy, tylko ustalmy, kto za to będzie płacił. Śpieszmy się z tym wszystkim,
bo jest to bardzo ciekawa sprawa i dobrze, żeby społeczeństwo się dowiedziało
(...)”.
Na zakończenie poseł Wojciech Mojzesowicz – przewodniczący Komisji Rolnictwa i
Rozwoju Wsi zauważył, że „pan senator mówi, że obcy kapitał panu grozi i nie
mówię, że to nie ma miejsca, różne rzeczy się dzieją, ale jak Panu Senatorowi
pasowało współpracować ze Smithfieldem w lobbowaniu na rzecz przemysłowego
tuczu, to Pan nie zauważył, że na tym traci 600 tysięcy rolników. Mogą
zbankrutować”. A „przemysłowy tucz rozwija się, łamie przepisy, weterynaria też
nie pilnuje tego, bez wymaganych pozwoleń budują, płacą kary, mandaty... I nikt
nie pochyli się nad ochroną środowiska”. No cóż drodzy rolnicy, to wszystko
przed wami. Tylko w USA, po wprowadzeniu przemysłowego tuczu zwierząt
zbankrutowało 2.100 000 gospodarstw farmerskich. Już za kilkanaście dni wybory.



Temat: Sierpień 2004 nowy wątek.
9 marca
Witam wszystkich z samego rana, poczytałam sobie Wasze odpowiedzi i rady i od
razu odpisuję, bo później to może być różnie.
Rozmawiałam z mężem o internecie, on też jest za tym żeby założyć ale musimy to
jeszcze przeliczyć, czy będzie nas stać.
Jeżeli chodzi o mamę, to wczoraj było ok., poradziła sobie, mówi, że Piotruś
był grzeczniutki, zapomniała mu dac syropku i jak jej o tym powiedziałam, to
miała straszne wyrzuty sumienia. Ogólnie to ja wiem, że ona chce dobrze, w
końcu to jest jej jedyny ukochany wnuczek (ja jestem jedynaczką), czasem tylko
po prostu mamy inne metody, inne zdanie na różne tematy. Wydaje mi się, że ona
czasem po prostu zapomina, że to ja jestem mamą i jednak ja powinnam mieć w
sprawie wychowania i opieki nad Piotrusiem decydujący głos. Jak mama przychodzi
po południu to bez przerwy go nosi, bawi się z nim, bo chce się nim nacieszyć.
Z jednej strony to dobrze, bo Piotruś na pewno czuje, że babcia go kocha, a w
końcu babcie są od rozpieszczania. Ja czy teściowa jak jesteśmy z nim same to
wiadomo, że musimy go czasem zostawiać samego, bo trzeba ugotować jakiś obiad
czy choćby iść do ubikacji. I Piotuś nawet chętnie sam się sobą zajmie, jak
jest najedzony i wyspany, nawet lubi leżeć w kojcu a jego główną rozrywką jest
drapanie po brzegach kojca lub gryzienie skarpetek ))
Tak naprawdę to główny problem z moją mamą to jest pomoc całodniowa w sytuacji
gdy teściowa nie może przyjść. Na przykład znowu w piątek muszę wziąć urlop,
mam nadzieję, że szef mi go da.... (mama powiedziała, że nie może wziąć urlopu)

Happymamo - moja mama też jest emerytowaną nauczycielką, więc to chyba
skrzywienie zawodowe ))

Megryan - No to mamy bardzo podobne dzieci, jeżeli chodzi o zachowanie,
oczywiście )) U nas też jest problem jak cokolwiek zmienimy, jak gdzieś
wyjedziemy, nie położymy go spać wtedy kiedy trzeba, to potem jest bardzo
marudny. Jak miał to zapalenie oskrzeli to lekarka mówiła, żeby go nie kąpać,
ale u nas ten numer nie przeszedł, strasznie krzyczał i domagał się kąpieli (od
urodzenia był kąpany codziennie i to jest jego rytuał, zakodował sobie, że po
kąpaniu się idzie spać a jak nie ma kąpania to się nie idzie spać, proste?
Musieliśmy go wsadzić do wanienki i kąpać na sucho, brak wody akurat mu nie
przeszkadzał "Pochlapał" sobie trochę i kąpiel była zaliczona

Superkasiątko - wiem, że jest Ci ciężko, chyba każda mama chciałaby mieć taką
możliwość, żeby kupić swojemu dziecku to co chce, a nie liczyć się z każdym
groszem. Ale to naprawdę nie jest najważniejsze! Najważniejsze jest to, że
kochasz Sebusia, dajesz mu miłość i troskę, to zaprocentuje na pewno w
przyszłości. A brak krzesełka będzie utrudnieniem tylko dla Ciebie, bo mały na
pewno tego nie odczuje. W końcu nasze babcie nie miały takich krzesełek i jakoś
wychowywały dzieci. Tak, że trzymaj się! (a może jednak uda się od kogoś
pożyczyć lub kupić w komisie?)

Dobra, kobietki, muszę się wziąć do pracy, życzę miłego dnia!
Pa




Temat: jaka mamy mlodziez?
Koniec z paleniem papierosów w toaletach i szatniach? W trzech krakowskich
gimnazjach w nowym roku szkolnym pojawią się czujniki dymu. Jeśli zdadzą
egzamin, zostaną zamontowane również w innych szkołach.

Jeśli Kowalski z IIa skoczy na dużej przerwie na papierosa do szkolnej toalety,
w gabinecie dyrektora zapali się czerwona lampka. Dym może też uruchomić w
całym budynku syreny alarmowe. Tak będzie w trzech krakowskich gimnazjach: nr
9, 11 i 72. Na pomysł zainstalowania tam czujników wpadli radni Dzielnicy III.
I dali na ten cel 12 tys. zł.

Przemoc, narkotyki, tytoń

Radni przeprowadzili ankiety wśród rodziców uczniów. Palenie zajęło trzecie
miejsce, po przemocy i handlu narkotykami, na liście patologii, do których
dochodzi w gimnazjach.

- Pewnie pojawią się głosy, że to przesada i że szkolne toalety powinni
kontrolować nauczyciele. Trudno jednak wymagać od nich, żeby zaglądali na
przykład do kabin. To i dla nich, i dla uczniów jest deprymujące - uważa Paweł
Sularz, przewodniczący Rady Dzielnicy III. Ma nadzieję, że czujniki zniechęcą
wielu gimnazjalistów do zaciągania się dymkiem w szkole. Jeśli zdadzą egzamin,
dzielnica już zapowiada instalację kolejnych - tym razem w liceach.

Dyrektor nie może biegać

Co na to uczniowie? - Jak ktoś chce palić, nic mu w tym nie przeszkodzi. Nie da
się w toalecie, to da się za szkołą. Chociaż w zimie będzie to pewnym
utrudnieniem - mówią otwarcie. Przyznają, że palenie w szkolnych toaletach jest
na porządku dziennym. Jak twierdzą, najlepiej jest wybrać te położone na
uboczu, na przykład przy szatni lub sali gimnastycznej. Tam nawet solidnie
dyżurujący nauczyciele rzadko zaglądają.

- W takich sytuacjach czujniki zdałyby egzamin. A najlepiej by było, gdyby
uczniowie jak najdłużej nie byli świadomi, że coś takiego w ogóle jest
zainstalowane w ubikacjach - uważa nauczycielka jednego z gimnazjów (prosi o
zachowanie anonimowości). Obawia się złośliwych żartów młodocianych palaczy. -
Wejdzie ktoś do toalety, zaciągnie się dwa razy, ucieknie i całą szkołę postawi
na nogi - przestrzega.

Podobne obawy na dyrektor XXXI LO Piotr Igar-Makowski. - To pieniądze wyrzucone
w błoto - komentuje. - Alarmy będą się oczywiście rozlegać tylko do czasu.
Potem uczniowie zdewastują czujniki.

Nie przemawia do niego również druga opcja zapalająca się lampka w pokoju
dyrektora. - Przecież dyrektor nie może co chwilę biegać do uczniowskiej
ubikacji. Te powinni kontrolować nauczyciele podczas swoich dyżurów.

Za karę zagrabią i umyją

Igar-Makowski jest znany ze swojej walki z palącymi uczniami. Kiedyś na
korytarzach chciał wywieszać fotografię przyłapanych na paleniu, tak by mogli
je oglądnąć rodzice przychodzący na wywiadówki. Pomysł upadł. - Oni palili za
szkołą przy garażach. Miał ich fotografować z okien swojego mieszkania mój
znajomy, ale się wyprowadził - ubolewa dyrektor XXXI LO.

Ci, których przyłapią nauczyciele, za karę grabią liście przed szkołą lub myją
szkolne toalety. Wielokrotnym recydywistom grozi nawet wyrzucenie ze szkoły.




Temat: ECO - NOWY SKANDAL !!!
1. Zostałem wyzwany od palantów i innych piesków więc się odciąłem.
Byłem w prawie.
2. RPO nie jest "jakimś tam urzędnikiem państwowym", tylko instytucją,
która stoi na straży praw wszystkich obywateli, a nie tylko tych,
którzy pracują w prywatyzowanych przedsiębiorstwach.
3. Akcje pracownicze dla pracowników przedsiębiorstw państwowych nie są
tym samym czym są akcje dla pracowników przedsiębiortw prywatnych.
Różnica polega na tym, że właściciel prywatny może sobie robić
co chce, zaś państwo musi stać równo na straży interesów wszystkich
obywateli. Majątek firm państwowych stanowi dobro wspólne państwa
i nie powinien podlegać rozdawnictwu na zasadzie klucza zatrudnienia.
Jakoś żaden nauczyciel czy lekarz został i nie zostanie akcji swojej
szkoły czy szpitala, a policjant współwłaścicielem komisariatu.
Jeszcze raz powtórzę. Uczciwie jest powiedzieć:
Rozdawali majątek firmy, byłem uprawniony, więc skorzystałem.
Twój stosunek do tego jest mniej więcej taki. I dobrze.
Nieuczciwie natomiast jest mówić: dostałem, bo mi się należało jak psu kość.
4. Nie wiem czy dobrze rozumiesz poświecenie częsci życia dla firmy.
Dla mnie poświecenie zaczyna się wtedy, kiedy wykonuję swoją pracę w sposób
znacznie odbiegający od przeciętnej, tzn. zostaję po godzinach bez
dodatkowego wynagrodzenia, biorę pracę do domu,
podchodzę do pracy z zaagażowaniem i pasją.
Taki stosunek do pracy ma niewielu.
5. biadolenie, że w ECO jest gorzej niż w Elektrowni Opole,
(takie przesłanie czytam między wierszami) do niczego nie prowadzi.
Zgodnie z moimi informacjami warunki płacowe na podobnych stanowiskach w EO
nie są aż takie wspaniałe, żeby pracownik ECO musiał umieszczać je
w sferze marzeń.
Pewnie, że lepiej będzie, jeśli warunki płacowe i socjalne wszędzie
będą lepsze. Twierdzę natomiast, że w ECO są jedne z najlepszych w Opolu,
co oczywiście nie znaczy, że nie mogłyby być lepsze. Warto jednak pamiętać,
że oznacza to większe opłaty za ciepło,
z którymi można byłoby się pogodzić przy większym ogólnym poziomie dochodów.
Ja nie pracuję ani w ECO, ani EO, ale też u dużego pracodawcy.
Mam fatalnie w porównaniu do ECO. Znam też parę innych firm, w miarę dużych
w Opolu, gdzie warunki płacowe i socjalne są równie syfiaste jak u mnie
i daleko gorsze niż w ECO.
Dodam do tego, że warunki pracy, rozumiane jako ilość świadczonej pracy,
są w ECO i w EO cieplarniane w porównaniu z pracą w firmach,
o których myślę. Tu się mój panie tak ludzi goni,
że nie mają czasu pójść do ubikacji. Tego nie ma, nie było i nie będzie
w ECO i EO. I zaraz śpieszę tu dodać: to nie w ECO są świetne warunki pracy
- to gdzie indziej są fatalne.
6. W rzeczy samej w wielu firmach jest ubezpieczenie w III filarze,
ale w większości mój panie nie ma. Wszędzie natomiast jest to postrzegane
jako bonus, profit, czy mówiąc wprost dochód. W ECO macie ten przywilej.
W większości firm -jego nie ma. Tłumaczenie w kategoriach uciekania przed
ZUSem jest prawdziwie tylko dla szczodrych pracodawców.
Chciwy pracodawca nie będzie szukał takich motywacji, tylko nie da nic
ponad to co musi. I robi to.
7. Całe moje oburzenie wynika z tego, że ktoś robi aferę z powodu WZA
w godzinach pracy i robi z siebie jakiegoś wielkiego współwłaściciela ECO.
A piętnujcie sobie Chmielowicza, jeśli mobbinguje pracowników.
Poddawajcie krytyce jego styl rządzenia i wyniki ekonomiczne.
Krytykujcie stosunek do ludzi.
Tylko nie róbcie z siebie biednych, skrzywdzonych biedaczków,
szykanowanych wyznaczeniem WZA w godzinach pracy.
Przestańcie ECOwcy biadolić. Nie macie źle !




Temat: LO Kosciuszko
O Kościuchu zawsze myślę z mieszanymi uczuciami.

No bo z jednej strony kadra nauczycielska dobrana na zasadzie selekcji negatywnej, z reguły bez powołania, a jeżeli już z powołaniem, to bez umiejętności pedagogicznych. Chyba bliskość Warszawy i jej liceów ma tu swoje znaczenie - dobry nauczyciel z ambicjami nawet jeżeli mieszka w Pruszkowie woli chyba pracować w liceum w Warszawie niż "na prowincji". Większość moich psorów mogłaby służyć za żywe antywzorce nauczycieli. Nawet szkoda wymieniać ich nazwiska. Myślę, że z takimi nauczycielami najgorzej miały osoby o wrażliwości ponadprzeciętnej i możliwościach uczenia się poniżej przeciętnej. Często stawały się ofiarami niektórych nauczycieli, którzy odreagowywali na nich swoje frustracje (z których największą była chyba ta, że pracują w Kościuchu). Najgorsze zdanie miałem o dyrektorze, chociaż na szczęście udało mi się nie wchodzić z nim w zbyt częste kontakty. Z początków jego kariery zapamiętałem, jak zwołał w środku zajęć (przepraszam, lekcji) apel, na którym poinformował, że w damskiej ubikacji doszło do awarii, ponieważ któraś z uczennic wrzuciła do WC zużytą podpaskę. Do dziś nie mogę w to uwierzyć; przecież to lepsze niż Łysa śpiewaczka, Miś, Monty Python i inne Mrożki razem wzięte do kupy. No tak, to było śmieszne, ale przecież to, co, za jego głównie przyczyną, zrobiono wielu maturzystom w 1991 r. to już było wyłącznie straszne. Byli też co prawda nauczyciele którzy starali się nikogo nie krzywdzić za bardzo, ale oni często pozorowali naukę. Jeżeli już zdarzał się ktoś naprawdę na swoim miejscu, a w ciągu czterech lat w Kościuchu doświadczyłem tylko jednego takiego przypadku (Paweł Janiszewski od historii), to nie zagrzewał miejsca na długo. Jeżeli więc patrzeć na liceum jako na miejsce spotkania dorastających ludzi z osobami posiadającymi wiedzę, doświadczenie i mądrość, którymi to wartościami ci ostatni mogliby się podzielić z tymi pierwszymi, to Kościuch był niestety totalną pomyłką.

Z drugiej strony jednak, jak w każdej nonsensowej sytuacji człowiek jest zmuszony do tworzenia siebie własnego świata. I ten świat, chyba pierwszy świat dorosłych, w którym człowiek pełnoprawnie uczestniczy, najczęściej tworzyło się z ludźmi z liceum i w liceum. Im bardziej beznadziejny jest świat oficjalny, tym bardziej atrakcyjny jest świat alternatywny. Myślę, że większość kościuszkowców dobrze wspomina czas liceum, jako czas uczestniczenia w pierwszej społeczności, a nie jako czas spotkania z mędrcami, autorytetami. Tak też jest w moim przypadku. Dobrze wspominam te lata, myślę, że były cenne dla mojego dalszego życia, w dużym stopniu mnie ukształtowały jako osobę dorosłą. Ale pisząc o "czasie liceum" mam na myśli spotkania z moimi rówieśnikami i wspólnotę jaką sobie wtedy stworzyliśmy. A dla tej wspólnoty to "oficjalne" liceum, z nauczycielami i lekcjami, było tylko tłem, pretekstem.

Nie wiem, może nie miałem szczęścia. Może w Kościuchu zdarzali się tacy nauczyciele, którzy byli mądrzy i umieli się tą mądrością dzielić z innymi. Może byli i tacy, którzy potrafili łączyć dwa licealne światy. Ja nie mam takich doświadczeń i nic już na to nie poradzę. Pozostały mi mieszane uczucia.




Temat: szkoła pods. nr 41 Jaja Jopka w Warszawie?
Znam tę szkołę bardzo dobrze! ODRADZAM!!!!!
1. Bezpieczeństwo - bzdura. Do szkoy każdy może wejść, wyjść, dzieci
graja w piłke w parku vis a vis szkoły ( piłka na jezdni, dziecko
pod samochodem, nikt tego nie pilnuje, sama byłam świadkiem kilku
(nastu) hamowań z piskiem opon, cud, że dotąd nic sie nikomu nie
stało).
2. Poziom taki sobie. Jeżeli dzieci dobrze zdaja testy to dzięki
pracy w domu z rodzicami. Szkoła uczy nie lepiej niz rejonowa
podstawówka.
3. Brak pracowni.
4. Chrobliwe skąpstwo dyrektora. Oszczędza na wszystkim a dzieciach
szczególnie ( biblioteka, stołówka, kółka zainteresowań).
5. Fatalny stan higieniczny szkoły ( vide ubikacje)
6. Zły kontakt z rodzicami - kiedys nie było czegos takiego jak
wywiadówki i zebrania
7. Jesli rodzice wyrażaja jakies zaniepokojenie, lub nie daj Boze
krytykują, stają się automatycznie wrogami nr1 i odbija się to na
dziecku.
8. Nie ma jasnej i jednoznacznej umowy oświatowej okreslającej prawa
i obowiązki stron. W efekcie szkoła ma prawa a rodzice obowiązki
9. Klasy są liczne w związku z tym dzieci uczą się w warunkach
gorszych niż było to obiecywane
10. Obiecanki dyrektora najczęściej są tylko obiecankami. Niestety
dość często mija się on z prawdą.
11. Dyrektor nie jest pedagogiem, ba nie ma wyższego wykształcenia.
Choc oczywiście będzie mówił ze jest inaczej. Nie musi byc
pedagogiem, ale niech udziela prawdziwych informacji. To tez element
wychowania dzieci
12. Języki obce uczone sa metoda tradycyjna -
tablica+kreda+ewentualnie telewizor i magnetofon. To troche za malo
jak na szkołe o ambicjach "dwujęzycznych"
13. Brak zaplecza typu sala gimnastyczna - w-f w wynajetych
pomieszczeniach lub we wspomnianym parku.
14. Bardzo wielu nauczycieli nie ma etatów w tej szkole. Sa to
ludzie uskuteczniający chałturę ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Jeżeli w macierzystej szkole cos sie dzieje, nauczyciel po prostu
nie przychodzi do p. Jopka i lekcje przepadają.
15. Olbrzymia rotacja wśrod nauczycieli - wiadomo co to oznacza dla
uczniów.
16. Jesli pojawiaja się problemy ulubiona metoda dyrektora jest
zwalanie winy na dom, ucznia. Pomoc niemile widziana. W klasie
mojego dziecka był chłopiec z problemami, który został po prostu
wyrzucony ze szkoły. Dyrektor przyjmie każdegokto zapłaci choć
szkoła nie jest przygotowana do pracy z dziećmi np. z ADHD. Cierpia
wtedy wszyscy.
17.Brak psychologa, pedagoga- wbrew pozorom to ważne. Podobnie jak
na pomoc przedlekarską nie ma co liczyć.
18.Zdarzały się drobne przekręty finansowe np. zebranie pieniędzy na
skrypt, którego nikt nie zobaczył, kupno tańszych biletów do teatru
itd. Może juz tego nie ma, ale kwit na podręcznik, którego nigdy nie
ostałam przechowuję do dziś mimo upływu lat.
19. Najlepiej traktowane sa dzieci, których rodzice moga coś
załatwic dla szkoły dyrektora)
20. Indywidualne podejście do dziecka jest fikcją. Dzieci owszem nie
są anonimowe, ale nikt nie inwestuje w zdolne nie podciaga
słabszych.
Oto 20 powodów, choć pewnie znalazłabym więcej, dla których
zdecydowanie ODRADZAM szkołę p. Jopka .
P.S. Odetchnęłam z ulga, gdy moje dziecko znalazło się w normalnej
szkole.



Temat: Stokłosa i jego zakłady na komisji sejmowej
Stokłosa i jego zakłady na komisji sejmowej
Sejmowa Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsizajmowała się omówieniem
dotychczasowych wyników kontroli "ZRP Farmutil HS", w związku z doniesieniem
o zakopaniu na swoim terenie "padliny" O oto kilka ciekawych wypowiedzi
naszego parlamentarzysty, senatora Henryka Stokłosy - senatora z sercem.
„jest to najnowocześniejszy zakład w Polsce, Europie, a może nawet i na
świecie. Jest to prawdziwa zabawka, gdzie wszystkie śmieci włącza się
joystickiem. Dwie osoby pracują na produkcji, bo może się zdarzyć, że któraś
z nich będzie musiała wyjść do ubikacji. I ten zakład może przerobić każdą
ilość odpadów. Praktycznie 25 ton na dobę, a może nawet 30 ton na dobę”. A na
początku obiecywał na aż 130 nowych miejsc pracy.
I dalej: „Drugi zakład (stary) jest modernizowany. Obecnie przerabia 1300 ton
na dobę, a po jego modernizacji będzie przerabiał 2200 ton na dobę, czyli
praktycznie jeśli ta nowa linia ruszy, a ruszy za tydzień, może dwa, a
najpóźniej za trzy tygodnie, to wszystkie odpady z całego kraju będą mogły
być tam, na miejsce być przywiezione i utylizowane”.
Jesteśmy dumni, że będą nas postrzegać jako zagłebie przerobu "padliny", A
senator mówi, że modernizacja miała polegać na eliminacji smrodu.
„ Ale wracając do dnia 5 sierpnia, kiedy to również uczestniczyłem w kontroli
wspólnie z Policją, oglądam Panoramę i oczom nie wierzę. Cóż w tej Panoramie
się znajduje? Zakopano 4300 ton padliny, stada bydła itd. Czy Państwo macie
wyobraźnię? No proszę uświadomić, uzmysłowić sobie, jeżeli by tyle zakopano,
jakie to by były hałdy? Jakie to by były góry? Jak to by wszystko wyglądało?
A później zarzuca mi się, że utrudniam inspekcji kontrolę”.
„Również pani Prezes Stowarzyszenia, pani Irena Sienkiewicz, ona była
nauczycielką szkoły podstawowej w Śmiłowie, tam, gdzie jest zakład. Bardzo
często, muszę powiedzieć, przychodziła do mojego zakładu z dziećmi na
wycieczkę, i między innymi, jak w dziewięćdziesiątym siódmym roku żeśmy
dołowali, to ona była też tam. I myślę, że to jest ta przyczyna. (...)
Zresztą pani Irena Sienkiewicz startuje na senatora Rzeczypospolitej. Ona w
tym okresie nie mogła zebrać podpisów. Miała bardzo duże kłopoty. Chciała
startować na posła z PO – nie wyszło, z PiS-u – nie wyszło, z lewicy – nie
wyszło. No to później wszystko robiła, żeby te podpisy zebrać i żeby się
zarejestrować. Ale myślę, że oprócz negowania pewnych rzeczy, to trzeba mieć
pewne osiągnięcia. Ja na dzień dzisiejszy mam te osiągnięcia. Ja się w ogóle,
proszę Państwa, tego nie wstydzę (...)”.
„(...) Próbki, które były pobrane, ponieważ ja jestem stroną i chciałbym w
tych badaniach uczestniczyć, na podstawie jakiego prawa materialnego będą one
interpretowane? Chciałbym dowiedzieć się. Wydaje mi się, że te badania zbyt
długo już trwają. Należałoby to wszystko pospieszać. Trzeba rozkopać, to
rozkopmy, tylko ustalmy, kto za to będzie płacił. Śpieszmy się z tym
wszystkim, bo jest to bardzo ciekawa sprawa i dobrze, żeby społeczeństwo się
dowiedziało (...)”.
Na zakończenie poseł Wojciech Mojzesowicz – przewodniczący Komisji Rolnictwa
i Rozwoju Wsi zauważył, że „pan senator mówi, że obcy kapitał panu grozi i
nie mówię, że to nie ma miejsca, różne rzeczy się dzieją, ale jak Panu
Senatorowi pasowało współpracować ze Smithfieldem w lobbowaniu na rzecz
przemysłowego tuczu, to Pan nie zauważył, że na tym traci 600 tysięcy
rolników. Mogą zbankrutować”. A „przemysłowy tucz rozwija się, łamie
przepisy, weterynaria też nie pilnuje tego, bez wymaganych pozwoleń budują,
płacą kary, mandaty... I nikt nie pochyli się nad ochroną środowiska”. No cóż
drodzy rolnicy, to wszystko przed wami. Tylko w USA, po wprowadzeniu
przemysłowego tuczu zwierząt zbankrutowało 2.100 000 gospodarstw farmerskich.
Już za kilkanaście dni wybory




Strona 3 z 3 • Znaleziono 157 wyników • 1, 2, 3